No dobra, wiem, że mam spore zaległości w pokazywaniu Wam lakierów, ale nie myślałam, że jest tak źle. Bohater dzisiejszego postu wyprowadził mnie z błędu wpisując się w rekordową ilość czasu zakup-nałożenie na paznokcie z wynikiem
1,5 roku. Może to przez jego formułę, może to przez jego kolor, może to Maybelline... Tak czy inaczej, dziś kolej właśnie na niego.
Color Club (bez żadnej naklejki z oznaczeniem czy nazwą koloru) pochodzi z zestawu, które co jakiś czas rzucane są na półki w TkMaxxie. Kolor jest dość specyficzny, bowiem w 15 mililitrowej buteleczce spogląda na nas ładny mysi metalik, a tak naprawdę jest to srebro o perłowym wykończeniu. Taka mała niespodzianka. Jako pierwsza przeciwniczka perłowych wykończeń odrzuciłam biedaka w kąt i tak sobie leżakował aż do dzisiejszego popołudnia.
Przy aplikacji trzeba uważać, bo jego formuła uwidacznia na płytce każde pociągnięcie. Dwie warstwy załatwiają sprawę, Wykończenie jest półmatowe i tutaj pojawiło się kolejne pytanie, czyli co z nim dalej zrobić? Pokryć topem, a może zmatowić? Jednak efekt końcowy tak przypadł mi do gustu, że postanowiłam nie robić z nim absolutnie nic.
A więc po raz pierwszy od dawna mogę coś napisać o szybkości wysychania. Otóż tutaj jest całkiem przyjemnie, 10 minut i wierzchnia warstwa załatwiona, jednak dla pełnego utwardzenia należy zaczekać kolejne 10 minut. Zobaczymy jak będzie ze ścieraniem końcówek, ale w chwili obecnej jestem zdecydowanie na tak!
Warto też wspomnieć, że ma jakieś 'magiczne' zdolności do optycznego wydłużania płytki. I ukazywania wszystkich jej nierówności. Niestety.